Wirusy i epidemie towarzyszą ludzkości od zarania dziejów. Ale pewne groźne choroby to wytwór ostatnich lat. I nie chodzi wcale o zmutowane wirusy grypy, ale o coś, co wybucha w świecie liczb i paragrafów cyklicznie (niezależnie od tego, jaka aura panuje na zewnątrz) i w każdym roku po trochu podkopuje zdrowie i dobre samopoczucie osób zakażonych.

Nie potrzeba programu z wiadomościami czy komunikatów ze stacji sanitarno epidemiologicznych, żeby wiedzieć, że na terenach objętych rozliczaniami rocznymi panują teraz trzy gwałtowne, zaraźliwe i wybuchowe epidemie – PODATKOZA, FAKTUROZA, KLIENTOZA.

 

Podatkoza

Przybywa wraz z końcem roku, trwa kilka miesięcy, po czym na koniec kwietnia przechodzi w stan uśpienia. Jej pojawienie się związane jest z nałożeniem dwóch linii czasu. Tak, księgowi zaginają czas, potrafią żyć na dwóch liniach czasu jednocześnie – starego roku, który kończą, uzgadniają i rozliczają oraz nowego roku, czyli bieżących obowiązków według nowych przepisów, które do końca stycznia muszą opanować. Takie zabawy z czasem niestety nie kończą się dobrze.

Podatkoza objawia się przemęczeniem, nerwowością, brakiem sił do kontaktów towarzyskich, niemożnością zaśnięcia (przy zasypaniu wypełzają wszystkie wątpliwości). Za to jest: siedzenie w pracy do godzin nocnych, hektolitry kawy i nadwyrężanie siebie, jeszcze bardziej i bardziej – w imię prawidłowo zrobionych deklaracji.

Wydawałoby się, że wraz z pierwszymi dniami maja wszystko się uspokaja. Jednak nie do końca. Co miesiąc – jak przystało na rotawirus – podatkoza odnawia się w okolicach 20-tego do 25-tego. I znów pojawią się problemy. Mogą to być kłopoty z wysyłką xml-i czy niemożnością zdobycia UPO. Mogą to być świeżo wydane interpretacje podatkowe i komunikaty WIADOMO KOGO, które wprowadzają chaos do „już właśnie dopiero co” uchwyconego zagadnienia z cyklu „co ustawodawca miał na myśl i jak do cholery to spełnić”. Ale podatkoza to nie wszystko. Tam gdzie podatkoza nie może, fakturozę pośle.

 

Fakturoza

Fakturoza trwa w zasadzie cały czas, nasilając się oczywiście w okolicach terminów rozliczeń podatkowych. Fakturoza wiąże się z nadmiarem albo brakiem.

Liczba faktur do księgowania. Na początku miesiąca jest za mało, a w okolicach 20-tego lawina spada na biurko i głowę księgowego.

Różnorodność i rodzajowa obfitość wydatków nku, nad którymi księgowy ślęczy. Na przykład, jakim cudem mogą stanowić KUP: pieluchy dla dziecka (używane są zamiast szmaty do wycierania biurka), łapacze snów (służą do chowania się przed pracownikiem urzędu skarbowego, gdy przychodzą na kontrolę), czy pluszowe maskotki (do podnoszenia motywacji pracowników). Tak, wyjaśnienia i uzasadnienia klientów, to temat na książkę, a nie na kawałek posta.

Wątpliwy stan faktur. Są przypadki, że ten czynnik nas omija. Ale nie każdy ma tyle szczęścia. Niektórzy księgowi dostają koszulkę (bądź segregator) z dokumentami, a po otwarciu powala ich smród papierosów/benzyny/ryb (zależy jaka branża i kto faktury przynosi). Inni, po otrzymaniu dokumentów wypranych w pralce, bawią się w detektywów/grafologów/specjalistów od odszyfrowywania zapisu runicznego. Innym podnosi się poziom niesmaku w zetknięciu z wymiętą fakturą prosto z kieszeni klienta albo z ewidentnymi śladami przetargania na podłodze (gdzie bawi się niemowlę/chodzi kot/tarza się pies/ktoś depnął) albo z wyraźnymi śladami upodobań kulinarnych.

Informacje na fakturach. Nie ma daty, nie ma NIP-u, nie ma kwoty VAT, ale za to są prywatne zapiski, numer tel. do Zośki, czy spisane naprędce zamówienie do firmy cateringowej.

Niedopowiedzenia w przepisach. Tajemniczość to ponoć jedna z najbardziej skutecznych metod uwodzenia, ale w tym przypadku to czynnik chorobotwórczy. Stosowanie niedopowiedzeń, dwuznaczności oraz milczenie tam, gdzie oczekujemy odpowiedzi…. Każdy, kto zetknął się z prawem podatkowym i administracją skarbową, wie o co chodzi….

Żeby tego było mało, na księgowych czycha klientoza.

 

Klientoza

Klientoza działa w uśpieniu i rzadko kiedy wybucha. Jej głównym objawem jest podniesione ciśnienie. W wersji zaawansowanej – klientowstręt czyli napięcie i pogorszenie nastroju na samą myśl o konkretnym kliencie. W wersji turbo dochodzi do tego mentalny wybuch wyzwisk i przekleństw.

Jedną z przyczyn klientozy są przepychanki z klientem o dokumenty. Albo o przyniesienie dokumentów na czas albo o przyniesienie dokumentów w ogóle, o istnienie jakiejś faktury bądź umowy, która ewidentnie – bazując na innych dowodach księgowych – istnieje. Tu możemy się spotkać z zapewnieniami jakoby faktura była przecież dostarczona do księgowości już pół rok temu i to my mamy bałagan w papierach i próbujemy zrzucić nasze nieudacznictwo na bogu ducha winnego klienta.

Klientoza rozwija się również wówczas, gdy co miesiąc 10-ciu na 15-tu klientom trzeba tłumaczyć, że ryczałt to nie VAT, a PCC jest naprawdę podatkiem i że to nie zła księgowa go wymyśliła, tylko zły ustawodawca.

Ostrzejsza forma klientozy aktywuje się w sytuacji, w której księgowy słyszy: „bo księgowy kolegi jest lepszy”, „bo inny księgowy powiedział” „w firmie mojej szwagrowej, to robią tak”. Wersja ognista ma z kolei miejsce w sytuacjach, gdy przekazujemy informację o wyliczonym podatku, a klient ewidentnie nie radzi sobie z zaskoczeniem i emocjami o ciężkim kalibrze.

Klientoza ujawnia się również w trakcie spotkań ze znajomymi i w trakcie rozmów telefonicznych z rodziną. Wprawdzie zazwyczaj krewni i znajomi nie są naszymi klientami, ale nagle się w nich na chwilę zamieniają. To są momenty. Jesteś na spotkaniu towarzyskim czy rodzinnym, świetnie się bawisz i nagle pada pytanie “ale Ela, jak ja mam to rozliczyć, bo wiesz, ty mi to powiesz, a moja księgowa głupia”. Takie wrzutki męczą. Może nie pierwsza i nie druga, ale któraś z kolei na pewno. Czasem nawet możesz mieć wrażenie, że cała znajomość opiera się nie na wspólnym flow i podobnych wibracjach, nie na zwykłej sympatii i chęci spędzenia czasu, ale na twojej księgowej wartości dodanej i żerowaniu na twojej z trudem zdobytej wiedzy. I nie, nie uważam, że rodzina i znajomi powinni mieć za darmo, bo tak wypada. Dobry znajomy zapłaci za usługę albo da inną usługę w zamian, przyjaciel będzie wspierał twój rozwój zawodowy i finansowy, a nie ciebie osłabiał w imię darmowych porad po znajomości.

 

Co robić?

Jak w przypadku każdej choroby wirusowej, również tej o wymiarach epidemii, masz kilka opcji:

1. Wypisać się z tego grajdołka – przekroczyć granice, za którymi nie ma zarażonych, gdzie administracja skarbowa jest miła i nie atakuje organizmu kolejną porcją wirusa, gdzie zawód księgowego to szanowana profesja z mocnym samorządem zawodowym. Jednym słowem – kontynuować zawód księgowy w innym państwie, na innych zasadach.

2. Dalej wtaczać swój kamień na księgowo-podatkową górę i nic nie zmieniać. Jak gdyby nigdy nic, pracujesz dalej nie bacząc na poziom wyczerpania psychicznego i fizycznego. Nie dbasz o to, czy się zarazisz czy nie, czy będziesz mieć łagodny przebieg czy ciężki. Zawsze możesz umrzeć, ale może też przeżyjesz. To rozwiązanie wybierają najczęściej dwa rodzaje księgowych. Pierwsza grupa to tacy, którzy nie planują spędzić całego swojego życia w naszym zawodzie. Są tylko na chwilę i przez tę chwile są w stanie dużo wytrzymać. Druga grupa to osoby już zarażone i tak przeciążone, że nie mają siły podjąć żadnych działań. Tylko depresja i skraj upadku. Obie grupy żyją według motta „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. To raczej masochistyczne nastawienie i z pewnością dalekie od prawdy.

3. Znaleźć drogę środka. To co ma cię zabić, omijaj szerokim łukiem, a jeśli się nie da ominąć, weź sytuację w swoje ręce i odpowiednio ją przemodeluj. Zamiast lekceważenia i postawy „jeszcze trochę dam radę”, załóż kombinezon ochronny, załóż maseczkę, weź witaminy i zaszczep się. Innymi słowy – zadbaj o swoją przestrzeń mentalno-emocjonalną i postaw granice klientom.

 

 

Czym się zaszczepić? Jaki skład szczepionki będzie odpowiedni?

Jeśli jesteś w grupie ryzyka i identyfikujesz u siebie opisane wyżej symptomy podatkozy, fakturozy bądź klientozy – zaaplikuj sobie szczepionkę. Dzięki temu zminimalizujesz objawy i unikniesz późniejszych powikłań. Szczepionka jest całkowicie bezpieczna, bo dotyczy zmiany Twoich własnych postaw, przekonań i zachowań.

Głównym składnikiem każdej szczepionki, jaką możesz zastosować, jest postawa „cokolwiek by się działo w pracy, pamietam o sobie”. Składniki dodatkowe:

  • praca nad autentycznym poczuciem własnej wartości,
  • zmiana przekonań na temat zawodu – tego kto jest dla kogo i z jakimi klientami musisz współpracować
  • dyscyplina skierowana na zadbanie o siebie,
  • przeznaczenie, nawet w środku epidemiologicznego cyklonu, czasu dla siebie – na reset, krótki odpoczynek, na podniesienie nastroju (pomocne materiały znajdziesz w moim Kuferku inspiracji dla księgowych)
  • zrewidowanie zasad współpracy z klientami – wprowadzenie odpowiednich zapisów do umów; zapisów, które będą chronić i wspierać w pracy ciebie, a nie tylko robić dobrze klientowi.

WARNING: Jeśli gonisz jak chomik na kołowrotku i myślisz sobie: “wszystko świetnie, ale nie mam czasu na zmiany” albo “nie mam czasu na takie głupoty”, pamiętaj, że największe błędy popełniasz wtedy, gdy jesteś tak zajęty(a) pracą, że nie masz czasu na zastanowienie się, co w ogóle w tej pracy robisz. Frustracja i nieefektywne działanie to nie są atrybuty księgowego!